„Historia jednej sesji czyli o coachingu rodzicielskim”

12116039_1046767412014005_564499790_oTym razem przywołam swoje własne doświadczenia, które zdobyłam jako klientka coachingu rodzicielskiego. Mój case dotyczył relacji z dwuletnią wówczas córką, a konkretnie mojego samopoczucia w ramach spędzanego z nią czasu. Jako pretendująca do miana perfekcyjnej mama miałam głowę napakowaną zasadami mądrego wychowania, prawidłami rozwoju dziecka i tego, co według poradników powinnam robić, aby zapewnić dziecku zdrowy rozwój. Sęk w tym, iż daleko mi do przysłowiowej ?matki Polki? i wiem, że moje szczęście też jest ważne, przy tym wyznaję zasadę że ?szczęśliwa mama = szczęśliwe dziecko?. I jak tu pogodzić, wypośrodkować i zrównoważyć siłę nacisku między potrzebami moimi a dziecka?

Cała sesja coachingowa skupiała się wokół sformułowania celu (jak się potem potwierdziło: stiuningowany cel to połowa sukcesu). Przytaczałam sytuacje, które najczęściej generują konflikt wartości i przekonania. Okazało się, że najbardziej newralgiczną sprawą są dla mnie spacery i spędzanie z córką tak zwanego wolnego czasu. Moja pragmatyczna, zadaniowa i nastawiona na cel natura ?cierpiała? w konfrontacji z nieprzewidywalnym, spontanicznym i ciekawym świata dzieckiem.

W ferworze codziennych zajęd i obowiązków trudno mi było przestawić się na swobodne bycie i pozbawione celowości zanurzenie w ?tu i teraz?. Pogrążona w swoich myślach, tworzeniu planów w głowie nudziłam się bądź irytowałam koniecznością wymyślania zabaw (rzecz jasna, musiały (?!) one być edukacyjne) lub ciągłą obserwacją, skupieniem się na spacerach, które z jednej strony były przewidywalne, a z drugiej nigdy nie odbywały się zgodnie z planem, czyli z punktu A do punktu B. Przywoływałam w pamięci koleżankę (pedagożkę), która bez skrupułów przyznała, że w życiu nie bawiłaby się z dzieckiem w coś, co jej osobiście nie odpowiada czy nie daje satysfakcji.

Czyli można, a nawet warto brać pod uwagę własne potrzeby i preferencje w organizowaniu sobie czasu z latoroślą!

Tylko jak to zrobić, żeby było z pożytkiem i zadowoleniem dla obu stron? Momentami zastanawiałam się, co ze mną jest nie tak, że czas spędzony z dzieckiem nie wydaje mi się tak atrakcyjny jak na przykład wykonywana praca. I to zastanowienie było kluczowe dla całego coachingu, bo skierowało moją uwagę na bardziej konstruktywne i w rezultacie owocne tory. Mój coach skrzętnie badał sytuację problemową i pozwolił na szeroką eksplorację rozwiązań, które w większości mi nie pasowały. Wszędzie znajdowałam jakieś ?ale? i chwilowo doświadczyłam nawet frustracji związanej z wrażeniem, że oddalam się od celu. Ta irytacja również pomogła w całym procesie, gdyż była swoistym motorem napędzającym mój umysł w kierunku rozwikłania zagadki. Dzięki napięciu, które stało się wówczas moim udziałem, doznana w momencie znalezienia odpowiedzi ulga mocno zakotwiczyła wykonaną na sesji pracę i jej efekt. A był nim moment olśnienia i wypowiedziane głośno ?aha?! W mojej głowie dokonała się synteza dwóch istotnych obszarów w moim życiu: rodzicielskiego i zawodowego.

Zdefiniowanie wartości, które przyświecają mi w pracy trenera/coacha/terapeuty i czynią te role tak dla mnie mnie atrakcyjnymi, uzmysłowiło mi, że jako rodzic kieruję się podobnymi rzeczami: rozwojem, inspirowaniem, podążaniem, towarzyszeniem, tworzeniem autentycznej relacji, akceptacją, empatią i zrozumieniem?

Skupienie na tych wartościach sprawia, że całą sobą pogrążam się w pracy i czerpię z niej mnóstwo satysfakcji. Przyrównałam to do stanu ?flow?, a więc w moim rozumieniu permanentnego zadowolenia z wykonywanej aktywności. Wówczas potrzebowałam już tylko zmienić schematy poznawcze w taki sposób, aby o czasie spędzanym z dzieckiem myśleć w kategoriach przeżywania ?flow?. Wtedy nastąpiło przeramowanie całego zgłaszanego problemu, a sformułowany wreszcie cel ?chcę mieć flow w zabawie z córką? przyjęłam z radością, spokojem i swoistym odprężeniem. To było to.

Znalazłam pomost między tym, co ?chcę?, a tym, co ?powinnam?, określiłam wspólny rdzeń obszaru rodzicielskiego i zawodowego, dzięki czemu pełnione przeze mnie role nie pozostają już w konflikcie.

Dostrzegłam jednocześnie, że wzajemnie się one wspierają i pozwalają zachować zdrowy dystans, postawić asertywne granice i wydobyć zasoby, których w danej chwili potrzebuję. ?Chcę mieć flow w zabawie z dzieckiem? działa jak kotwica, którą odpalam w chwilach zniechęcenia i zniecierpliwienia. Momentalnie staję się wtedy bardziej obecna, uważna i otwarta na doświadczanie. Towarzyszę i podążam w miejsce nakazywania i wyznaczania. Po prostu bardziej jestem?

Sesje coachingu rodzicielskiego pomagają rodzicom wydobyć niezbędne zasoby i mocne strony pełnionej roli oraz dużo skuteczniej i pewniej radzić sobie w różnych sytuacjach wychowawczych. UMÓW SIĘ!

Artykuł ukazał się w internetowym Magazynie Rozwój nr marzec-kwiecień 2011